Nieustannie padający deszcz, zbierający się w szeroki, rwący potok. W samym środku tej zanieczyszczonej piaskiem i roślinnością rzeki wioślarz, który zacięcie walczy z żywiołem… Nie jest to początek reportażu z doliny Amazonki, lecz obraz jednego z polskich miast, dotkniętego powodzią. Wystarczyło kilka godzin intensywnej ulewy.

Deszcze niespokojne…
Na przestrzeni dwudziestu minionych lat Polskę kilkakrotnie nawiedzały powodzie o tragicznych skutkach. Dwa przypadki szczególnie zapisały się w zbiorowej pamięci. Latem 1997 r. tzw. powódź tysiąclecia wyrządziła ogromne straty materialne, szacowane na blisko 12 mld zł.

W wyniku niszczycielskiego działania wody życie straciło 56 osób. Obfite, trwające tydzień deszcze – od 3 do 10 lipca – spowodowały wystąpienie wody z dorzeczy wielu rzek, m.in. Bobru, Bystrzycy, Kaczawy, Kwisy, Małej Panwi, Nysy Kłodzkiej, Nysy Łużyckiej, Odry, Olzy, Oławy, Skory, Szprotawy, Ślęzy i Widawy, a także górnej Wisły i Łaby. Szczególnie dotkliwie ucierpiały Wrocław i Opole, miasta położone w dorzeczu górnej Odry. W 2010 r. powtórzył się scenariusz z ubiegłego wieku. Znów intensywny i nieustannie padający deszcz – od 14 do 18 maja – spowodował wezbranie wody i kulminację fali powodziowej, a w roli głównej wystąpiła królowa polskich rzek, Wisła. Poziom wody w jej górnym dorzeczu spowodował zalanie m.in. Krakowa i Sandomierza. Zagrożenie pojawiło się również na Odrze. Dodatkowo dwa tygodnie później trwające kilkanaście godzin opady deszczu wyrządziły kolejne straty, doprowadzając do zalania wielu miejscowości w województwie podkarpackim. Straty materialne wyniosły ponad 10 mld zł, utonęło 25 osób. Do niedawna powodzie opadowe kojarzyły się z opisanymi wydarzeniami. Silny, długo trwający deszcz i przepływająca obok większej miejscowości rzeka mogły gwarantować zniszczenia wywołane działaniem żywiołu. Obecnie, żeby doszło do tragedii, wcale nie są potrzebne ani długotrwała ulewa, ani wezbrane wody rzeki i przejście wysokiej fali niszczącej miejskie zabudowania. Dzisiaj deszcz krótkotrwały, ale o dużym natężeniu wystarczy, by zatrzymać ruch drogowy, ograniczyć ludziom możliwość dojazdu do pracy i domu oraz wykonywania codziennych czynności. Może także przyczynić się do dużych strat materialnych. Coraz częściej wskutek błyskawicznych opadów giną mieszkańcy, którzy przebywając na podziemnych kondygnacjach budynków, zostają odcięci od wyjścia przez wdzierającą się do pomieszczeń wodę. Dlaczego powodzie opadowe występują coraz częściej w większych aglomeracjach i paraliżują życie ich mieszkańców? Odpowiedzi na to pytanie jest kilka.

Bez-nazwy-12

Sorry, taki mamy klimat
Jednym z istotnych czynników jest zmieniający się klimat. Kilkadziesiąt lat temu powodzie w Polsce były związane z wiosennymi roztopami rzek, jezior oraz morza. Obecnie to pora letnia generuje ryzyko związane z wodą opadową. O wiele częściej odnotowuje się fale upałów, susze, trąby powietrzne oraz bardzo silne, niekoniecznie długo trwające, ulewy w połączeniu z wyładowaniami atmosferycznymi. Do naszego kraju dociera rozgrzane powietrze zwrotnikowe, które zderza się tu z chłodnym powietrzem pochodzącym z rejonów polarnych. W efekcie coraz częstsze są burze i nawałnice, powstają też wspomniane wcześniej wirujące kolumny powietrzne. Według naukowców zmienić się może schemat wód opadowych. Okresy zimowe będą obfitować w silne opady deszczu, latem zaś pojawi się większa liczba dni bezdeszczowych, sprzyjających suszom i pożarom. Jeżeli w porze letniej wystąpią opady, należy liczyć się z ich ogromnym natężeniem.

Urban flood
Błyskawiczny rozwój miast przyczynia się do tego, że w miejscu otwartych terenów zielonych pojawiają się osiedla o bardzo gęstej zabudowie, biurowce z dużą liczbą miejsc parkingowych, zakłady pracy z utwardzonymi drogami dojazdowymi. Place i skwery są „upiększane” betonową mozaiką, która szczelnie wypełnia nawet najmniejszą wolną przestrzeń. Systemy kanalizacyjne, bywa, że projektowane kilkadziesiąt lat temu, nie są przygotowane na przejmowanie nadwyżki wody opadowej, która musi przecież znaleźć gdzieś ujście. Kanalizacja, która kiedyś odbierała tylko pewną część wody opadowej – pozostała była wchłaniana przez grunt i podłoże przepuszczające – dzisiaj musi przyjmować całość opadów. Cieki wodne występujące ze swoich naturalnych kanałów dodatkowo przyczyniają się do przepełnienia kanalizacji i rozlewania się jej na najbliższe otoczenie. Skutkiem tego są zalane ulice, parkingi podziemne osiedli mieszkaniowych oraz kondygnacje galerii handlowych czy biurowców. Bardzo często woda wdziera się do pomieszczeń technicznych, w których znajdują się maszyny i urządzenia o znacznej wartości. Rwący potok może uszkodzić ściany budynków, wpływać na jego posadowienie, a także powodować zanieczyszczenie środowiska. Ekstremalne zjawiska pogodowe nie były dotychczas właściwie uwzględniane w kontekście hydrologii miejskiej czy w planowaniu urbanistycznym i drogowym. Bardzo wysokie ceny gruntów w miastach zmuszają inwestorów do budowy obiektów, przez które przebiegają cieki wodne lub które mają na podziemnych kondygnacjach zbiorniki retencyjne. Rozwiązanie to może jednak okazać się zawodne w przypadku podniesienia poziomu wody poza przyjęte w obliczeniach założenia projektowe.

Bez-nazwy-6

Nawałnica w Gdańsku
„Mieliśmy do czynienia z nowym zjawiskiem hydrologicznym, określanym jako powódź miejska” – stwierdza w raporcie dla prezydenta Gdańska Andrzej Chudziak, dyrektor Gdańskich Melioracji. Opis dotyczył omawianych wcześniej deszczów ekstremalnych. „Druga ulewa stulecia”, jak nazwano opady przechodzące nad Gdańskiem w nocy z 14 na 15 lipca 2016 r., ujawniła kolejne słabe punkty systemu przeciwpowodziowego w tym mieście. Piętnaście lat wcześniej, również w lipcu, przez miasto przetoczyła się potężna ulewa, która spowodowała przerwanie wałów Kanału Raduni. Mały, sztuczny ciek wodny, zbudowany kilka wieków wcześniej przez Krzyżaków, rozlał się przez wyrwy w wale na położone niżej sąsiednie osiedla, a także dworzec kolejowy oraz piwnice domostw. Woda przelała się na ulice, powodując znaczne straty w infrastrukturze drogowej i uszkodzenia aut, które utknęły w potokach. Powódź wymusiła na włodarzach Gdańska podjęcie działań zapobiegających występowaniu podobnych sytuacji kryzysowych. Zbudowano 23 zbiorniki retencyjne (w okresie wystąpienia powodzi ich retencja wynosiła 136 tys. m3 wody) do przejmowania wody deszczowej, naprawiono wały Kanału Raduni i udrożniono go. Prace związane z modernizacją wałów objęły także zbiornik retencyjny niewielkiej strugi Strzyży. Miasto odbudowało zniszczone kanalizacje deszczowe – zwiększono liczbę przepompowni na sieci kanalizacyjnej i zbudowano przepompownię melioracyjną. Po 10 latach zbiorniki osiągnęły retencję ponad 450 tys. m3 wody. W połowie 2016 r. retencja zbiorników wodnych wyniosła 678 tys. m3. Na taką pojemność złożyło się oddanie do użytku zbiorników w górnych tarasach miasta (m.in. w dzielnicach: Jasień, Karczemki, Kiełpinek). Wydawać się mogło, że tak szerokie działania antypowodziowe skutecznie obronią aglomerację przed następstwami katastrofalnych warunków pogodowych… Tymczasem 14 lipca 2016 r., o godzinie 6:48 do Miejskiego Centrum Zarządzania Kryzysem w Gdańsku wpłynęło ostrzeżenie Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej dotyczące prognozowanych opadów. Zapowiadano opad w zakresie od 30 do 45 mm, lokalnie 90 mm do godziny 9:00 kolejnego dnia. O godzinie 21:46 IMGW przekazał informację o przekroczeniu sumy opadów 50 mm w wielu miejscach miasta (lokalnie 60 mm). Prognozy były bardzo niekorzystne. Kwadrans później zebrał się Miejski Zespół Zarządzania Kryzysowego, by skoordynować działania policji, straży pożarnej, straży miejskiej, Gdańskich Melioracji, Zarządu Dróg i Zieleni oraz Zarządu Transportu Miejskiego.
Opady deszczu okazały się znacznie większe od prognozowanych przez IMGW: w ciągu 14 godzin wyniosły 160 mm/m², co odpowiadało 160 l/m². Do tej pory była to dwumiesięczna norma opadów w regionie pomorskim. Podczas pierwszej powodzi stulecia w 2001 r. w ciągu ośmiu godzin (od 12:00 do 20:00) spadło 127,7 mm wody na metr kwadratowy. Obrazuje to skalę nawałnicy, której finałem było całkowite sparaliżowanie ruchu, zalanie skrzyżowań drogowych w newralgicznych punktach miasta, wyłączenie z użytkowania galerii handlowej wskutek zatopienia najniższej kondygnacji, zawieszenie działalności Pomorskiej Kolei Metropolitalnej, której nasypy nie zdołały oprzeć się żywiołowi. W efekcie zatrzymano ruch pociągów także na nitkach łączących Gdańsk z Sopotem oraz Gdynią. Pociągi dalekobieżne zanotowały kilkugodzinne opóźnienia, a gdańskie lotnisko im. Lecha Wałęsy było zmuszone przekierować samoloty do innych miejscowości lub odwołać odloty zaplanowane na feralny dzień. Straty dotknęły mieszkańców parkujących pojazdy w podziemnych halach garażowych. Wiele z nich zostało zalanych po sufit. Prace związane z przywróceniem miasta do stanu sprzed ulewy trwały miesiąc. Szacunkowa wycena naprawy majątku Gdańska wyniosła około 11 mln zł.
Kwota nie zawierała wartości utraconego mienia mieszkańców, jednak można stwierdzić, że szkody są mniejsze od tych zgłoszonych w 2001 r. Wówczas straty w infrastrukturze miasta oszacowano na blisko 200 mln zł, nie licząc uszczerbków na majątku ludności.

Do niedawna silny, długo trwający deszcz i przepływająca obok większej miejscowości rzeka mogły gwarantować zniszczenia wywołane działaniem żywiołu. Obecnie, żeby doszło do tragedii, wcale nie są potrzebne ani długotrwała ulewa, ani wezbrane wody rzeki. Dzisiaj deszcz krótkotrwały, ale o dużym natężeniu wystarczy, by zatrzymać ruch drogowy, ograniczyć ludziom możliwość dojazdu do pracy i domu oraz wykonywania codziennych czynności.

Retencją w deszcz?
Gdańsk po lipcowych zdarzeniach nadal zamierza inwestować w zbiorniki do gromadzenia wody. Szczególnie istotne jest zabezpieczenie Strzyży. Wspominany wcześniej niewielki ciek wodny, spływający z górnej części Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, podczas niedawnych opadów zamieniał się w rwący potok, powodując znaczne straty w dzielnicy Wrzeszcz. Ta niepozorna na co dzień struga w trakcie błyskawicznej powodzi znalazła ujście w podziemiach Galerii Bałtyckiej oraz piwnicach i parkingach okolicznych budynków. Zbiornik retencyjny spełnił swoje zadanie w innym, nowo wybudowanym centrum handlowym, zlokalizowanym kilkaset metrów dalej. Władze samorządowe uwzględniły w projekcie Galerii Metropolia konieczność budowy komory przeciwpowodziowej o pojemności 15 tys. m3. Obiekt zdał egzamin celująco, przejmując wodę kierującą się w część Dolnego Wrzeszcza. Dzięki temu ulice i piwnice w tym rejonie nie zostały zalane, a kierowcy mogli swobodnie dotrzeć do swoich domów. Retencja to jednak nie tylko duże zbiorniki z wodą. Taką funkcję pełnią parki miejskie, trawniki, miejsca zadrzewione i zakrzewione oraz niewielkie otwarte cieki wodne, takie jak stawy czy jeziorka. Jako że mają one także zalety rekreacyjne, są szczególnie pożądane przez mieszkańców, według których wszechobecny beton wypiera zieleń z miejskiego krajobrazu.

wykres

Pokonać siły natury
Silnie zurbanizowane aglomeracje na całym świecie muszą sobie radzić z miejskimi powodziami błyskawicznymi. Jedno z największych miast Stanów Zjednoczonych, Chicago, w 2006 r. zapoczątkowało program zielonych ulic. Projekt zakładał wymianę nawierzchni dróg wykonanych z nieprzepuszczających wodę materiałów. Stare nawierzchnie były sukcesywnie zastępowane nowymi materiałami, które są w stanie odprowadzić wodę do gruntu na poziomie 80 proc. „Zielone ulice” obsadzono roślinnością, co znacząco poprawiło walory estetyczne i ekologiczne miasta. Warto dodać, że Chicago ma ponad 21 tys. km ulic, a powierzchnia gruntu podlegająca wymianie liczy około 1,4 tys. ha. Mamy też ciekawe przykłady w Europie. Holenderskie miasta do budowy parkingów naziemnych wykorzystują przepuszczającą wodę kostkę brukową. Innym chętnie wykorzystywanym budulcem są tłuczeń, żwir, płyty ażurowe służące do odprowadzenia wody opadowej do gruntu. Z kolei w Australii, w Melbourne, wdrożono innowacyjne rozwiązanie o nazwie „10 tys. ogrodów deszczowych”, stosowane wcześniej m.in. w stanie Kansas (USA). Głównym celem programu jest zakładanie ogrodów deszczowych na terenach prywatnych i publicznych. Ma to zapobiegać odprowadzeniu zanieczyszczeń do zatoki Port Phillip, a przy okazji pełnić funkcję przeciwpowodziową – woda deszczowa spływa do ogrodu systemem rur z powierzchni nieprzepuszczalnych, takich jak dachy, patia, podjazdy dla samochodów. Oprócz wspomnianych przykładowych działań prewencyjnych realizowane są inne przedsięwzięcia mające minimalizować straty materialne i ludzkie. Podstawowe metody to ocena ryzyka powodziowego (wyznaczenie stref zagrożenia powodziowego), ograniczenie w sposobie użytkowania terenów zalewowych, modernizacja i zabezpieczenia przed powodzią obiektów znajdujących się na terenach zalewowych, a także opracowanie lokalnych systemów ostrzeżeń powodziowych. Należy jednak pamiętać, że nawet najlepsze zabezpieczenia przeciwpowodziowe nie wyeliminują zjawisk naturalnych, wynikających z obiegu wody. ¶

Źródła: http://raingardens.melbournewater.com.au/
http://www.gdansk.pl/

About the author

POLECANE DLA CIEBIE

TAGI